wtorek, 26 sierpnia 2014

Rozdział  V


Spokojnie... Tylko spokojnie. Dasz radę...
Kogo ja oszukuję? Siebie?!
- Nikt nie mówił, że życie będzie proste i piękne...
Słysząc znajomy głos odwracam głowę. Liriana zdejmuje kaptur z głowy i delikatnie schyla głowę w geście powitania. Wracam spojrzeniem do swojego odbicia w tafli wody. Słyszę cichy oddech elfki zbliżającej się do mnie. Kładzie dłoń na mym ramieniu i cichutko wzdycha.
- Nad czym tak ostatnio rozmyślasz? - pyta wbijając we mnie swoje przenikliwe oczy. - Chodzisz całymi dniami zamyślony, jakby smutny...
Zna mnie aż zbyt dobrze. Zmuszam się do słabego uśmiechu, jednak nie odpowiadam. Zamykam oczy próbując uporządkować myśli biegające niesfornie tu i tam. Po krótkiej chwili jednak decyduję się na odpowiedź:
- Nie muszę ci mówić co się nieubłaganie zbliża... 
- Znowu będziesz przeżywać Święto Złotego Księżyca? - Liriana unosi brew i ściąga usta w wąską kreskę. - Czym się przejmujesz? Jesteś księciem Szmaragdowej Puszczy, synem wielkiego władcy...nie to co ja...
- Liria, ja nie chciałem poruszać tego tematu...
- Nie szkodzi... Mów co cię gryzie.
Zachęcony zaczynam wyrzucać z siebie dręczące mnie od kilku dni myśli i chore pomysły. Widząc zrozumienie w błękitnych tęczówkach opisuję mój ostatni koszmar. Kończąc spuszczam ze smutkiem głowę i znów zaczynam wpatrywać się w swoje odbicie w wodzie. Elfka odchodzi kawałek ode mnie i po chwili wraca trzymając w ręku cienką gałązkę. Kuca przy lśniącej tafli jeziora i zaczyna mówić, a jej głos nabiera przepięknej barwy, której dotychczas nigdy nie słyszałem:
- Nasza dusza jest jak woda, czysta, piękna, zachwycająca. Można w niej ujrzeć wszystko co się tylko chce, a nawet niekiedy więcej. Dopóki umysł pozostaje spokojny, ciało może odetchnąć i czerpać siłę... - zaczyna powoli sunąć patykiem nad taflą wody - Istnieją jednak rzeczy, które burzą idealny spokój, lecz im stabilniejsza dusza, tym trudniej zniszczyć równowagę, która utrzymuje nas przy życiu... Spójrz i powiedz co widzisz...
- Widzę obraz... Elf i elfka nad brzegiem wody... Książę i łuczniczka... Ciemnowłosy i jasnowłosa... Lazur i srebro... Korona i miecz...
Niespodziewanie dziewczyna z całej siły uderza w spokojną toń i odbicie znika. zmarszczona woda odbija jedynie słaby blask księżyca.
- Wystarczył jeden błyskawiczny ruch, by umarło wszystko to co wydawało się piękne... Niespokojna dusza, to niespokojny umysł i ciało... Pamiętaj o tym, Yeko...
- Niezbyt rozumiem twe słowa... - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Jednak wiem, że rozumiesz to co czuję...
- Właśnie o to chodzi, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego co czuje inna osoba... To nie ta bajka...
- Liria...
- Nie, to ty mnie posłuchaj. - znów odgaduje moje myśli - Widziałam Cień...i jego władcę...
- Widziałaś...
- Nikt nie może się o tym dowiedzieć, a już tym bardziej twój ojciec...
Głębia jej oczu utrzymuje mnie w przekonaniu, że dziewczyna mówi prawdę. Powoli odwracam się chcąc odejść jednak ona chwyta mnie za rękę.
- Zbliża się koniec...koniec ery...koniec wszystkiego co żyje... Nadchodzi mrok...zniszczenie... Wojna...
- Nikt nie odważy się zaatakować Wiecznego Miasta dopóki mój ojciec żyje...
- On jest zaślepiony, nie widzi niebezpieczeństwa... Otwórz mu oczy, bo ja nie potrafię...




             *                             *                                  *

Zmęczony siadam na swym tronie tuż obok ojca i wzdycham głęboko. Służący natychmiast zjawia się przy mnie podając zdobiony kielich z winem. Pociągam zdrowy łyk opróżniając naczynie w połowie i zaczynam wodzić wzrokiem po bawiących się elfach. Gdzie tylko nie spojrzę słyszę śmiech, widzę radość i uśmiechy... Ehhh... Nie mogę przestać myśleć o słowach Liriany, o jej spojrzeniu... 
- Dlaczego nie bawisz się jak pozostali, synu?
Nuta troski przebija się przez zwykły chłód w głosie władcy, a jego oczy skierowały się na mnie.
- Jestem zmęczony...
- Coś nie tak?
- Nie, skądże znowu...tak... - przyznaję niechętnie - Tak, chodzi o to, że...
- Sprawa wagi państwowej, czy kolejny twój wymysł na temat jakiejś wojny?
I już wiem, że nie mam się po co więcej odzywać. Spuszczam wzrok i dopijam resztę wina. Na szczęście ojciec nie ciągnie dłużej tego tematu tylko najspokojniej w świecie odchodzi gdzieś znikając w ciemnym korytarzu. Nie wiadomo skąd zjawia się Tesya, a jej złowieszczy uśmiech nie wróży nic dobrego. Odważnie spoglądam w roześmiane oczy siostry starając się zgasić nagłe ożywienie.
- Książę czeka na księżniczkę? - rzekła mrugając zalotnie długimi rzęsami. - Chodź się zabawić... Takie święto zdarza się raz na rok...
- Nie. - odpowiadam lodowatym tonem chowając zmęczenie głęboko w duszy. - Nie mam siły...
- Widziałeś Lirię? Stoi tam...
- Ha! I tu cię mam siostrzyczko! Dziś stoi na warcie przy trzecich drzwiach od strony głównego wejścia, przy drugim korytarzu na prawo od balkonu wychodzącego na Szmaragdową Puszczę...
- Skoro już wiesz gdzie jest to idź do niej... Jesteś księciem..
- Nie zaczynaj niepotrzebnej kłótni. A ty znalazłaś już swojego "księcia"?
Odpowiedzią jak zwykle jest wredne prychnięcie. Zwycięsko unoszę brew dając do zrozumienia, że rozmowa zakończona. Opieram głowę na ręce spoczywającej na podłokietniku tronu i przymykam oczy.
"Boisz się...
Lękasz się Jego...
Cień zaszedł za daleko,
wciąż stawiając nowe kroki,
niszczy i zabija...
Mówi mi to las...
każda napotkana zwierzyna...
szepczący wiatr
i hucząca rzeka...
On tu jest...
Niedaleko..."
Przerażony otwieram oczy. Dostrzegam przeszywający błękit oczu Liriany stojącej tuż za mną. Lodowatymi palcami przejeżdża po moim karku przyprawiając o dreszcze. Twarz skrytą ma za maską jaką noszą wszyscy strażnicy Wiecznego Miasta, lecz dostrzegam ruch jej warg wypowiadających słowa w języku Sigoritów - mrocznych elfów żądnych krwi i rozruchów. Niezdecydowanie wstaję z tronu nie spuszczając z niej wzroku. Nagle elfka zamyka oczy i osuwa się nieprzytomna na marmur. Łapię ją w locie i rzucam porozumiewawcze spojrzenie Tesyi stojącej nieopodal. Przemykając bokiem, z dala od przyjęcia, kieruję się do wyjścia z sali. Czuję jak moja skóra zaczyna palić. Liriana otwarła szeroko srebrne oczy i wyszeptała:
- Meredargo... Bestia wróciła...

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozdział  IV


- Ja? Ale...ale...
- Zacznij w końcu wczuwać się w rolę księcia, Yeko. 
- Nie mogę, ojcze, nie mogę wygłosić tego przemówienia.
Przez twarz władcy przebiegł skurcz niezadowolenia, a oczy zapłonęły złością. Król szarpnął długi płaszcz i powoli zaczął krążyć dokoła mnie ze spojrzeniem utkwionym w moich oczach. Odważnie odpowiadam równie zimnym spojrzeniem nie kuląc się jak kiedyś, gdy byłem dzieckiem. Ojciec zagłębia się w rozmyślaniach co wykorzystuję ja pospiesznie wbiegając w jego umysł. Szperając w jego myślach staram się odgadnąć przedziwne słowa nielogicznie ułożone w jakiś wiersz... Ostre ukłucie sprawia, że padam na lodowatą posadzkę przez moment nie będąc w stanie się ruszyć.
- Zejdź mi z oczu i do końca dnia mi się nie pokazuj...
Surowy, beznamiętny głos władcy przeszywa moje serce. Niechętnie podnoszę się, lecz nie ruszam się z miejsca jeszcze bardziej go denerwując. Chłód stalowego spojrzenia jakim zmusił mnie do puszczenia sali, na długo pozostanie w mojej pamięci. Nie potrafię opanować szaleńczego biegu, który zmusza mnie do odejścia. Chłodny powiew wiatru ostudza moje emocje. Zwalniam dopiero na głównym dziedzińcu. Kąciki moich ust unoszą się w delikatnym uśmiechu. Na tle szarego nieba wyraźnie odcina się czarna sylwetka konia, naprzeciw którego stoi elfka. Ruszam w ich kierunku kierując się mostem przecinającym Fedrolis - rzekę płynącą ze wschodu. Podchodzę do ogrodzenia i opieram się o nie. Uwielbiam patrzeć jak Liriana szkoli młode konie. Kary rumak zarzuca łbem i niespokojnie przebierając kopytami w miejscu zaczyna nerwowo zerkać na boki. Dziewczyna pewnie robi krok w przód na co zwierzę instynktownie rzuca się do ucieczki. Biegnąc za kłusującym koniem Liriana zastępuje mu drogę wyrzucając ramiona w gorę zmuszając tym samym do zmiany kierunku. Młody, zgrabnie wzniósłszy przednie kopyta nad ziemię, obraca się i rozpoczyna galop. Mógłbym godzinami patrzeć na elfkę, która pracuje w tak piękny sposób z dzikim koniem. Dziewczyna naciąga rękawice ze skóry na dłonie i zaciska palce na grubej linie. Mój ulubiony moment. Kary wierzchowiec wciąż galopując raz po raz zarzuca wysoko łbem. Odruchowo wbijam palce w ogrodzenie widząc nagły błysk złości w ciemnych ślepiach. Koń, nie bacząc na nic, szarżuje na Lirianę. Ostre rżenie przeszywa powietrze mrożąc krew w żyłach. Jednak ona nie cofa się, wręcz przeciwnie - pewnym krokiem rusza w stronę atakującego zwierzęcia. Jednym, szybkim ruchem rozwija linę i strzela nim o ziemię. Kopyta mustanga zaryły w ziemię, a kolejne pełne wściekłości rżenie rozdarło ciszę. Słysząc kolejny świst liny uderzanej o ziemię, kary odbiega pod ogrodzenie i staje cały drżąc. Czując czyiś wzrok na sobie odwracam głowę.
- Ojciec jest na ciebie zły...
Tesya również opiera się o płot i przebiega wzrokiem po wybiegu. Ciemne oczy lustrują Lirianę i konia stojących naprzeciwko siebie. Widząc nieskrywane zainteresowanie uśmiecham się do niej.
- Jeśli chcesz to zobaczyć muszę być pewien, że cokolwiek się tu nie stanie, nie wolno ci krzyknąć, ani tym bardziej zareagować negatywnie...
- Mówisz jak stary, doświadczony wojnami wojownik...
- Po prostu wyjaś...
W tym momencie strach odebrał mi mowę. Mustang skoczył naprzód i pochylił łeb niczym szarżujący jednorożec. Drapiąc kopytem ziemię ostatecznie rzucił się cwałem na Lirianę stojącą w bezruchu na środku wybiegu. Tesya zamarła. Czas jakby zwalnia. Elfka wbija błękitne oczy w konia i jedną nogę cofa w tył, jakby sama szykując się do ataku. Szeptając zapewne słowa własnej modlitwy rusza biegiem w stronę dzikiego rumaka. Dzieli ich 30 stóp...20... Zaciskam powieki czekając na głuchy łoskot łamania kości...
Nic. 
Cisza.
Powoli otwieram jedną powiekę. Tesya stoi z rozwartymi ustami wpatrzona w punkt przed sobą. Przezwyciężając strach podążam za jej spojrzeniem. Blask słońca na moment oślepia mnie po czym łagodnie pada na Lirianę. Jej dłoń spoczywa na czole konia, który schyla łeb pozwalając na pieszczoty. Dostrzegam grubą linę, którą obwiązana jest szyja rumaka. Ciche prychnięcie zapewne oznacza ofiarowanie zaufania dziewczynie. O wiele spokojniejszy przeskakuję ogrodzenie i zachowując ostrożność podchodzę do elfki. Tesya wyprzedza mnie i pierwsza staje przy Lirianie. 
- To było coś niesamowitego! Coś...pięknego!
Dziewczyna nie odpowiada wciąż delikatnie gładząc karego konia, który nieco zaniepokojony odsunął się od Tesyi. Słysząc spokojniejszy oddech zwierzęcia zwracam się do Liriany:
- Liria...wykonałaś kawał dobrej roboty...
- To dopiero początek długiej drogi jaką musimy przebyć, by osiągnąć cel... - odpowiada nie odrywając wzroku od oczu mustanga - Jesteśmy na dobrej drodze...
 - Jesteś niesamowita! - Tesya z podziwem przygląda się zgrabnym ruchom palców elfki kreślących maleńkie okręgi na skórze zwierzęcia. - Jak ty to zrobiłaś?
- Dzikie stworzenie musi zrozumieć, iż walcząc ze mną stwarza sobie jedynie wroga, a chodzi o to, by widziało we mnie przyjaciela godnego zaufania... Moim zadaniem jest pokazać, że jestem przyjaźnie nastawiona, ale jeśli on chce ze mną współpracować to tylko na moich warunkach...
- Wow... Ale jak opanowujesz strach stojąc oko w oko z dzikim koniem?
- Strach jest niczym...
- Jak to?
Widzę, że temat zaczyna denerwować Lirianę dlatego łagodnie przerywam Tesyi:
- Tak czy inaczej ten koń niedługo stanie się własnością jednego z naszych jeźdźców...
Liriana rzuca mi pospieszne spojrzenie. Przez błękit przebiega srebrna wstęga, a pojedynczy błysk okrąża prawą dłoń...

czwartek, 14 sierpnia 2014

Rozdział  III


Stała na najwyższym konarze dębu wpatrzona w rozgwieżdżone niebo. Setki tysięcy maleńkich, migoczących punkcików znaczyło czarne niebo nad nią. Jasne włosy łagodnie spływały po jej, zmęczonym ciągłą walką, ciele. Złocista tarcza księżyca wstępująca na niebiański tron wlewała bajkowy blask w uśpiony świat. A ona, nadal stojąc nieruchomo pośród miliardów nieznanych świateł, patrzyła w dal. Delikatny, niczym muśnięcie skrzydeł motyla, powiew ciepłego zachodniego wiatru rozwiał jej włosy odrzucając je za silnie umięśnione ramiona. Samotny orzeł przeciął złoty księżyc  szybując z wiatrem nad puszczą... 
Gdy tylko chciałem uczynić krok w jej stronę wszystko zniknęło. Dokoła była jedynie nicość. Ciemność rozłożyła obrzydliwe łapy z ostrymi pazurami tnącymi świat na maleńkie kawałki. Cień obnażył kły ociekające krwią niewinnych i zaryczał diabelsko. Niespodziewanie zjawił się Meredargo - bestia nad bestiami, najpotężniejszy z ówczesnych smoków i wszelkich mrocznych stworzeń. Morze ognia spadło na bezbronne miasto równając je z ziemią. Na grzbiecie potwora siedział On - władca mroku... Wszędzie był tylko ogień. Przez wrzaski, krzyki, jęki i błagania konających usłyszałem słaby głos wołający o pomoc. Coś nie pozwalało ruszyć mi się z miejsca. Błądząc oczami starałem się ocenić skąd dochodzi owy dźwięk. I wtedy ją ujrzałem. Lśniące ostrze przeszyło ją na wylot. Dziewczyna ostatkiem sił uniosła głowę i spojrzała w twarz prześladowcy. Rozpoznałem Lirianę, która zamknęła oczy i zsunęła się z klingi, na spaloną ogniem smoka, ziemię. Coś trzyma mnie w ryzach i nie pozwala podbiec do niej. Coś lub ktoś... Zaczynam się szarpać i wyrywać chcąc jak najszybciej znaleźć się przy umierającej elfce. Meredargo przysiadł na jednej z walących się wież i donośnym rykiem ogłosił zagładę Wiecznego Miasta. W jego gardzieli zagotował się ogień... Białka jego nienawistnych oczu spoczęły na mnie i zaczęły męczyć moją duszę. Stojące w słup źrenice drążyły umysł  nie potrafiący bronić się przed czarną magią. Ostatni raz rzuciłem wzrokiem na Lirianę, która szepnęła telepatyczne "To koniec, koniec nas wszystkich..."
Z niemym wrzaskiem zrywam się ze snu zlany zimnym potem. Ze strachem uświadamiam sobie, iż był to tylko koszmar. Wzdrygam się. Odgarniam włosy i wstaję z miękkiego łoża. Nadal staram się opanować drżenie dłoni. Oddech powoli wraca, a serce przestaje szaleńczo galopować. Opieram się o balustradę balkonu wychodzącego na królewskie stajnie. Ciemne chmury przysłoniły złocisty sierp księżyca okrywając świat całkowitą ciemnością nocy.
- Ty też nie możesz spać?
Błyskawicznie odwracam się przerażony do granic możliwości, jednak nikogo nie zauważam. Dopiero po krótkiej chwili, z mroku, wyłapuję 2 błękitne punkciki wpatrzone we mnie. Liriana przemierza moją komnatę ciszej niż upiór i staje przede mną. Po raz pierwszy widzę ją w luźnym stroju i całkiem rozpuszczonych włosach. Uśmiechnąłbym się na jej widok, lecz wspomnienie koszmaru skutecznie powstrzymuje mnie przed tym.
- Znam to spojrzenie... - rzekła odchrząkując nerwowo.- Miałam sen...
- A ja koszmar...
Spoglądam głęboko w jej szafirowe oczy. Dostrzegam w nich odbicie moich własnych, równie przerażonych i niepewnych kolejnego dnia. Gdy tylko złoty błysk przebiega jej tęczówki, odwracam wzrok. To nie wróży nic dobrego...
- Liriano...czy ty...
- Nawet nie wiesz jak bardzo. Jeśli dostrzegłeś złote ostrze jesteś niezwykle spostrzegawczy...i...dociekliwy. Niewielu wytrzymuje moje spojrzenie...
Jeszcze raz wbiegam w jej oczęta. Przeczysty błękit przecięty ostrym odcieniem złota... Po chwili ujrzałem coś jeszcze. Usychające drzewo pośrodku pustkowia samotnie stojące na straży światów... Tym razem to Liriana pierwsza spuszcza wzrok i zakrywa twarz rękami, na których widnieją cienkie linie ran. Jasne włosy wyślizgują się zza ramion spadając łagodnie niczym wodospad na zmęczone ręce. Wyciągam dłoń chcąc odgarnąć kosmyki, lecz Liriana błyskawicznie wykonuje to za mnie. Sprawnym ruchem dłoni poprawia włosy i wierzchem dłoni ociera łzy.
- Wybacz... Nie powinnam obarczać cię dodatkowo moimi problemami...
- Nie obarczasz, Liriano. Czasami w każdym coś pęka...nie jesteśmy przecież ze stali...
Nie odpowiada, ale wiem, że rozumie moje słowa. Zawsze rozumie... Elfka zbliża się do balustrady balkonu wpatrując się w ciemną, bezgwiezdną noc. Staję obok niej, lecz nie podziwiam krajobrazu tylko obserwuję tańczące iskry, które znów niespodziewanie pojawiły się po wewnętrznej stronie dłoni Liriany. Gdy tylko dziewczyna położyła ręce na kamieniu chcąc się podeprzeć, zimny blask ruszył wijąc się między zdobionymi kolumienkami, ku mojemu zdumieniu, nie wbijając się jak uprzednio w kamień. Rzucam jej pytające spojrzenie kątem oka śledząc pędzące iskry.
-Spójrz, teraz nie ranią...
- Jednak potrafisz nimi władać? - pytam wznosząc oczy ku księżycowi, który nieśmiało wychynął zza kotary chmur. - Masz nad nimi...
-Nie... Nadal jestem bezsilna wobec tej mocy, ale jedyne co pomaga mi przetrwać to wiara w to, że każdego dnia budzę się nieco silniejsza...
Iskry wróciły do niej chowając się między rozchylonymi palcami...

środa, 13 sierpnia 2014

Rozdział  II



Spokój to podstawa wojownika... Spokój i harmonia... Umysł musi być wypoczęty, lecz w każdej chwili gotowy... W przeciwieństwie do Liriany potrafię się idealnie wyciszyć i skoncentrować na danej rzeczy... A ona? Nie mówię, że nie potrafi, ale...jakby to powiedzieć...nie chce spróbować... Boi się nowych doznań, przeżyć... Czasami mam wrażenie, że lęka się samej siebie... 
Genesis prychnął cicho i zwrócił uszy ku mnie czekając na polecenia.
- Spokojnie, jeszcze będziesz mieć okazję do galopu...ale nie teraz...
Gładzę ciemną szyję gniadosza spokojnie do niego przemawiając. Na dźwięk łamania suchej gałęzi ogier podniósł łeb wyżej. Czuję jak napina wszystkie mięśnie, lecz cierpliwie czeka na mój znak. Mocniej chwytam łuk i powoli kładę strzałę na cięciwę wsłuchując się tym samym w odgłosy lasu starając się wyłapać najlżejszy ruch czy szelest. Cisza. Świst. Jęk. I ponowna cisza. Zdezorientowany, nadal czujny, odwracam się w siodle chcąc sprawdzić kto zdążył zabić stwora przede mną. Poza zwykła, leśną roślinnością nie widzę nic podejrzanego. Zmuszam umysł, by wyszukał jakiekolwiek żywe stworzenie w okolicy. Nic. Podejrzliwie czekam na reakcję zagubionego konia, który niepewnie położył uszy po sobie. Delikatnie przyciskam łyski do boków Genesis i koń rusza. Nagłe uderzenie zrzuca mnie z grzbietu, a twardy podszyt wita mnie zapachem stęchłych liści. Błyskawicznie wyciągam swój sztylet gotowy do odparcia ataku, ale prócz rozmytego obrazu nie mogę nic dostrzec. Podnoszę się w złym momencie, gdyż potężne, ciężkie cielsko spada tuż przede mną ze strzałą utkwioną we łbie. 
- Tesya...ile razy mam ci powtarzać, że...
- A ty znów swoje. Chociaż raz doceń to, że masz siostrę...
Młoda elfka wyłania się zza gęstwiny krzaków. Jedyne co świadczy o królewskim pochodzeniu to schludnie uczesane ciemne włosy sięgające łopatek i korona z delikatnie pozłacanymi liśćmi dębu - drzewa wieczności. Patrząc na nią nie chce się wierzyć, że dzieli nas 378 lat. Kręcąc głową obszedłem nakrapiane ciemnymi plamami martwe zwierzę i stanąłem obok siostry. Zwykle to Liriana przeszywała te stwory swoimi strzałami.
- Niepokoi mnie to, że xetoriny...
- A mnie niepokoi fakt, że opuściłaś Vrentoilis bez strażników i zapewne bez wiedzy ojca. - unoszę brew zaczepnie patrząc w lśniące oczy Tesyi, która odpowiedziała jedynie wzruszeniem ramion. Uśmiecham się na ten widok i przywołuję Genesis. Ogier przyjacielsko musnął dłoń elfki i wtulił pysk w jej ramiona. 
- A ty co Genesis? Yeko zabrał cię na przejażdżkę po Szmaragdowej Puszczy?
- Północna część lasu to już tylko pył i szkielety ostatnich drzew ledwo trzymających się przy życiu... - ruchem ręki wskazuję dany kierunek. - Cień coraz pewniej stawia kroki na naszych ziemiach...
- Ojciec się tym zajmie, prawda?
- Nie rozumiesz powagi sytuacji. Jesteś zbyt młoda, by zdać sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie nadchodzi...
Dziewczyna machnęła ręką i szybkim skokiem znalazła się na grzbiecie Genesis.
- To nie jest moja sprawa... - mocno uderzyła piętami boki konia, który natychmiast ruszył galopem w głąb puszczy. Ostatni raz odwróciwszy się w siodle krzyknęła: - Strażnicy opiekują się Szmaragdową Puszczą, nie ty...
Stojąc w bezruchu jeszcze długo wpatrywałem się w postać Tesyi znikającej w zieleni lasu. Ona nigdy nie zrozumie mechanizmu zła... Jako, że jestem starszy mam obowiązek dbania o nią, ale ostatnimi czasy nie jestem w stanie pojąć nurtu myślenia jakim stara się płynąć.... Westchnąwszy głęboko odwracam się w przeciwną stronę i ruszam przed siebie rozmyślając o Lirianie. Ostatnio elfka stała jeszcze bardziej nieobliczalna i dziksza. Znikając stara się opanować żywioł jaki posiada. Co najdziwniejsze nigdy wcześniej jej skóra nie okrywała się lodem, a iskry nie raniły tak głęboko... 
W oddali lśni żelazna brama Wiecznego Miasta. Zbliżając się do niej odpowiadam na pozdrowienia straży i czekam na otwarcie wrót Vrentoilis. Miasto elfów wita mnie łagodnym szumem rozmów i cichym odgłosem kroków poddanych mego ojca...

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział  I



- Ojcze, wzywałeś mnie. - skłaniam się nisko przed władcą. - Czy coś się stało?
- Istotnie. - król wejrzał na mnie ciemnymi oczyma, w których dostrzegłem niepokój. - Liriana nie pokazuje się od kilku dni, wiesz coś może na ten temat?
- Wróciła, gdy słońce rozpoczęło wędrówkę po niebie...tyle co widziałem. - odpowiadam zgodnie z prawdą - Czemuż o to pytasz?
Ojciec poprawił purpurowy płaszcz ciągnący się za nim po marmurze i skrzyżował ręce na piersi. Zawsze robi tak, gdy szykuje się coś niedobrego.
- Ta elfka nie przestaje mnie zaskakiwać, z każdym dniem wydaje się być całkiem inna niż poprzedniego... Każdego świtu odkrywa nowe dno i zadziwia...
Słysząc te słowa z ust wielkiego króla uśmiecham się do siebie. Ojciec polubił Lirianę mimo tego, że dziewczyna jest wyrzutkiem społeczeństwa elfów z zachodnich kręgów. Jednak w głosie władcy dosłyszałem oschły ton, którym zwykł mówić na ważniejszych spotkaniach Strażników. Pytającą unoszę jedną brew zachęcając ojca do kontynuowania zaczętego wątku.
- Rozumiem to, że ona lubi samotność i ciszę, ale nie może tak po prostu znikać na kilka dni zostawiając Szmaragdową Puszczę bez głównego Strażnika! Dlatego chcę byś porozmawiał z nią...
- Wiem co masz na myśli, ojcze. - schylam głowę i kieruję się ku wyjściu z sali - Uczynię  tak jak powiedziałeś.
- Pokładam w tobie nadzieję, mój synu.
Gdy tylko przekroczyłem wrota Sali Królów nogi same zaczęły wieść mnie w stronę wschodniej części Pałacu Gwiazd prowadząc jasnymi korytarzami w głąb. Co ojciec miał na myśli mówiąc, że pokłada we mnie nadzieję? Nim się obejrzałem już stałem na dziedzińcu.
- Liriano, chciałem z tobą...
- Odejdź, zostaw w spokoju...
Młoda elfka niespokojnie krąży po kamiennym placu niewiarygodnie cicho stawiając kroki. Promienie południowego słońca malują jej włosy na cudownie śnieżny odcień, który dodaje jej powagi. Jak zwykle, gdy jest zdenerwowana unika mojego wzroku. Nie zatrzymując się idę dalej podchodząc coraz bliżej dziewczyny, która zaciskając dłonie w pięści przykłada je do piersi.
- Nie wolno ci się tak denerwować... - staram się jak mogę, by zatuszować niepewność w moim głosie i stworzyć atmosferę spokoju. Liriana zaczyna się trząść, a jej ciało pokrywa jasna koronka szronu. Ciężki oddech nagle przyspiesza jakby gnany niewidzialnym wiatrem.
- Yeko, ja...ja nie potrafię...
Palce rozwierają się wypuszczając oślepiający blask, który przemyka równie szybko co strzała, tuż obok mnie. Srebrzyste iskry pną się po marmurze tworząc fantazyjne wzory, które wbijają się z  łoskotem w kamień i zastygają w bezruchu. Z nowo powstałych wgłębień wypływa strużka krwi, która spływa na posadzkę pojedynczymi kroplami. Liriana odwraca wzrok i cofa się pod ścianę drżąc. Wciąż staram się opanować lęk budzący się w moim sercu. Elfka otwiera dłonie pokazując śmigające iskry, które rozcinają skórę tańcząc dziko. W powietrzu daje się wyczuć zapach świeżej krwi i swąd przypalanej skóry. Dziewczyna przygląda się srebrzystemu blaskowi mrugając pospiesznie powiekami, by powstrzymać cisnące się do oczu łzy.
-Jestem potworem...
-To nieprawda...
-Jak wytłumaczysz to? - mówiąc to zaciska zęby, gdy pojedyncze iskry wrzynają się w dłoń wypluwając z rany purpurową ciecz. Odwracam wzrok...

sobota, 2 sierpnia 2014

Prolog


Mrok rzucił na kolana potężne narody wszelkich ras i wciąż łaknie więcej. W obliczu śmierci i zagrożenia każdy poddaje się woli Zła...
Yeko, książę Wiecznego Królestwa, z niepokojem obserwuje nadciągający cień nienawiści. Skrywając w pałacu swoją przyjaciółkę żyje w niewiedzy o tajemnicach jakie skrywa dziewczyna.
Czy młody książę stawi czoła Złu, które zagarnia coraz większe obszary?
Czy odkrywając sekrety będzie w stanie je zaakceptować?
Co zrobi, gdy na drodze stanie nienawiść, gniew i strach?