Rozdział IV
- Ja? Ale...ale...
- Zacznij w końcu wczuwać się w rolę księcia, Yeko.
- Nie mogę, ojcze, nie mogę wygłosić tego przemówienia.
Przez twarz władcy przebiegł skurcz niezadowolenia, a oczy zapłonęły złością. Król szarpnął długi płaszcz i powoli zaczął krążyć dokoła mnie ze spojrzeniem utkwionym w moich oczach. Odważnie odpowiadam równie zimnym spojrzeniem nie kuląc się jak kiedyś, gdy byłem dzieckiem. Ojciec zagłębia się w rozmyślaniach co wykorzystuję ja pospiesznie wbiegając w jego umysł. Szperając w jego myślach staram się odgadnąć przedziwne słowa nielogicznie ułożone w jakiś wiersz... Ostre ukłucie sprawia, że padam na lodowatą posadzkę przez moment nie będąc w stanie się ruszyć.
- Zejdź mi z oczu i do końca dnia mi się nie pokazuj...
Surowy, beznamiętny głos władcy przeszywa moje serce. Niechętnie podnoszę się, lecz nie ruszam się z miejsca jeszcze bardziej go denerwując. Chłód stalowego spojrzenia jakim zmusił mnie do puszczenia sali, na długo pozostanie w mojej pamięci. Nie potrafię opanować szaleńczego biegu, który zmusza mnie do odejścia. Chłodny powiew wiatru ostudza moje emocje. Zwalniam dopiero na głównym dziedzińcu. Kąciki moich ust unoszą się w delikatnym uśmiechu. Na tle szarego nieba wyraźnie odcina się czarna sylwetka konia, naprzeciw którego stoi elfka. Ruszam w ich kierunku kierując się mostem przecinającym Fedrolis - rzekę płynącą ze wschodu. Podchodzę do ogrodzenia i opieram się o nie. Uwielbiam patrzeć jak Liriana szkoli młode konie. Kary rumak zarzuca łbem i niespokojnie przebierając kopytami w miejscu zaczyna nerwowo zerkać na boki. Dziewczyna pewnie robi krok w przód na co zwierzę instynktownie rzuca się do ucieczki. Biegnąc za kłusującym koniem Liriana zastępuje mu drogę wyrzucając ramiona w gorę zmuszając tym samym do zmiany kierunku. Młody, zgrabnie wzniósłszy przednie kopyta nad ziemię, obraca się i rozpoczyna galop. Mógłbym godzinami patrzeć na elfkę, która pracuje w tak piękny sposób z dzikim koniem. Dziewczyna naciąga rękawice ze skóry na dłonie i zaciska palce na grubej linie. Mój ulubiony moment. Kary wierzchowiec wciąż galopując raz po raz zarzuca wysoko łbem. Odruchowo wbijam palce w ogrodzenie widząc nagły błysk złości w ciemnych ślepiach. Koń, nie bacząc na nic, szarżuje na Lirianę. Ostre rżenie przeszywa powietrze mrożąc krew w żyłach. Jednak ona nie cofa się, wręcz przeciwnie - pewnym krokiem rusza w stronę atakującego zwierzęcia. Jednym, szybkim ruchem rozwija linę i strzela nim o ziemię. Kopyta mustanga zaryły w ziemię, a kolejne pełne wściekłości rżenie rozdarło ciszę. Słysząc kolejny świst liny uderzanej o ziemię, kary odbiega pod ogrodzenie i staje cały drżąc. Czując czyiś wzrok na sobie odwracam głowę.
- Ojciec jest na ciebie zły...
Tesya również opiera się o płot i przebiega wzrokiem po wybiegu. Ciemne oczy lustrują Lirianę i konia stojących naprzeciwko siebie. Widząc nieskrywane zainteresowanie uśmiecham się do niej.
- Jeśli chcesz to zobaczyć muszę być pewien, że cokolwiek się tu nie stanie, nie wolno ci krzyknąć, ani tym bardziej zareagować negatywnie...
- Mówisz jak stary, doświadczony wojnami wojownik...
- Po prostu wyjaś...
W tym momencie strach odebrał mi mowę. Mustang skoczył naprzód i pochylił łeb niczym szarżujący jednorożec. Drapiąc kopytem ziemię ostatecznie rzucił się cwałem na Lirianę stojącą w bezruchu na środku wybiegu. Tesya zamarła. Czas jakby zwalnia. Elfka wbija błękitne oczy w konia i jedną nogę cofa w tył, jakby sama szykując się do ataku. Szeptając zapewne słowa własnej modlitwy rusza biegiem w stronę dzikiego rumaka. Dzieli ich 30 stóp...20... Zaciskam powieki czekając na głuchy łoskot łamania kości...
Nic.
Cisza.
Powoli otwieram jedną powiekę. Tesya stoi z rozwartymi ustami wpatrzona w punkt przed sobą. Przezwyciężając strach podążam za jej spojrzeniem. Blask słońca na moment oślepia mnie po czym łagodnie pada na Lirianę. Jej dłoń spoczywa na czole konia, który schyla łeb pozwalając na pieszczoty. Dostrzegam grubą linę, którą obwiązana jest szyja rumaka. Ciche prychnięcie zapewne oznacza ofiarowanie zaufania dziewczynie. O wiele spokojniejszy przeskakuję ogrodzenie i zachowując ostrożność podchodzę do elfki. Tesya wyprzedza mnie i pierwsza staje przy Lirianie.
- To było coś niesamowitego! Coś...pięknego!
Dziewczyna nie odpowiada wciąż delikatnie gładząc karego konia, który nieco zaniepokojony odsunął się od Tesyi. Słysząc spokojniejszy oddech zwierzęcia zwracam się do Liriany:
- Liria...wykonałaś kawał dobrej roboty...
- To dopiero początek długiej drogi jaką musimy przebyć, by osiągnąć cel... - odpowiada nie odrywając wzroku od oczu mustanga - Jesteśmy na dobrej drodze...
- Jesteś niesamowita! - Tesya z podziwem przygląda się zgrabnym ruchom palców elfki kreślących maleńkie okręgi na skórze zwierzęcia. - Jak ty to zrobiłaś?
- Dzikie stworzenie musi zrozumieć, iż walcząc ze mną stwarza sobie jedynie wroga, a chodzi o to, by widziało we mnie przyjaciela godnego zaufania... Moim zadaniem jest pokazać, że jestem przyjaźnie nastawiona, ale jeśli on chce ze mną współpracować to tylko na moich warunkach...
- Wow... Ale jak opanowujesz strach stojąc oko w oko z dzikim koniem?
- Strach jest niczym...
- Jak to?
Widzę, że temat zaczyna denerwować Lirianę dlatego łagodnie przerywam Tesyi:
- Tak czy inaczej ten koń niedługo stanie się własnością jednego z naszych jeźdźców...
Liriana rzuca mi pospieszne spojrzenie. Przez błękit przebiega srebrna wstęga, a pojedynczy błysk okrąża prawą dłoń...
Fajnie tylko nie pisz dzisiejszym językiem ;)
OdpowiedzUsuńwlaśnie tego się obawiałam, że zejdę na dzisiejszy język :)
Usuńale dzięki że piszesz
~Liriana
Nie wiem jak ty to Bessa robisz, ale to jest świetne. Świetniejsze od mojego :) Pisz tak dalej sister!
OdpowiedzUsuńdzięki :*
Usuńwpadnę na twojego bloga w najbliższym czasie :)
~Liriana
Konflikt między ojcem a synem - uwielbiam! :)
OdpowiedzUsuńBardzo lubię twoje opowiadanie! :D